Deskorolka jest szczera

Bo zawsze, ale to zawsze, pokazuje rzeczywistość. Czasami może nam się wydawać, że umiemy jakiś trick. A jak go chcemy zrobić, to czasami się okazuje, że dostajemy deską mocno w piszczel, albo spadamy na primo. Deskorolka weryfikuje rzeczywistość.

Tak samo jest z zawodami deskorolkowymi. Na nich też jest weryfikacja rzeczywistości. W różny sposób, nie tylko czy ktoś umie wylądować jakiś trick, czy nie. Po zawodach też widać, którym skaterom naprawdę się chce, a którym nie. Widać, komu zależy na deskorolce, a komu nie.

II Czesko-Polski Mecz Deskorolkowy w Szczytnej był właśnie takimi zawodami. Imprezą, na którą przyjechała – jak to jedna osoba powiedziała – “Polska A”. Skaterzy, którzy przyjechali, jeździli tak mocno, że chyba sami byli w szoku. Myślę, że w deskorolce właśnie o to chodzi, żeby żyć w prawdziwym świecie. W tym, w którym deskorolka weryfikuje co prawdziwe, a co nie.

Duży szacunek dla wszystkich, którzy przyjechali do Szczytnej. You know who you are.

 

 

Advertisements

Sarajevo Skatereport 2

SONY DSC

Sarajewo jest bardzo zróżnicowane, dzięki czemu interakcja na desce z otaczającą architekturą jest wręcz genialna.

SONY DSC

Obok tradycyjnych budynków powstają nowoczesne projekty.

SONY DSC

Są też duże pozostałości po Austro-Węgrach – czyli znane nam w centralnej Europie kamienice. Miasto jest dobre do poruszania się na desce, nawierzchnie są w dużej mierze z asfaltu. Deptak w centrum Sarajeva jest oczywiście z granitu, a nie ze swojskiej kostki brukowej. Podobne są nawierzchnie przy wielu nowoczesnych budynkach.

SONY DSC

SONY DSC

Muzułmańskie cmentarze wyglądają niesamowicie.

SONY DSC

Do tego dochodzi sporo masakryczno-bolszewickiej architektury z czasów Jugosławii. Jedyne co w niej dobrego, to sporo spotów do jazdy.

SONY DSC

A w to wszystko są wplecione miejsca, które aż błagają, żeby na nich zrobić choć jeden trick.

SONY DSC

W 1984 w Sarajewie była olimpiada zimowa. Dzisiaj można jeździć w torze saneczkowym.

Szacun dla kolesia:

Pomimo tego, że wielu jiżikom się wydaje, że Bośnia jest “niebezpieczna”, Sarajewo jest jednym z najbardziej bezpiecznych miast w południowej Europie. Ludzie są bardzo uprzejmi. Patrzą w oczy, co dla wielu może być szokiem. Coż, są bardzo konkretni i widać, że się nie boją.

I podobnie jak na całym świecie, również tutaj obowiązuje zasada: “If you’re looking for trouble, you will get it”.

SONY DSC

Co nie przeszkadzało zamiatać świeżych łusek z jednego ze spotów w okolicy dawnego serbsko-bośniackiego frontu w górach nad miastem. Don’t talk about your life. Live it.

SONY DSC

Dziewicze i niesamowite spoty. Sarajewo jest jak spełniające się marzenie.

Sarajevo skatereport 1

Niesamowita architektura. Niesamowicie przyjaźni ludzie. Niesamowite miasto.

I dużo inspiracji do deskorolki, działań i kolejnych projektów miejsc do jazdy.

SONY DSC

Czasami jedno zdjęcie przekazuje więcej niż 1000 słów. Czasami też bardzo wyraźnie widać różnicę w spostrzeganiu otaczającej architektury.

Tabu

W obecnych czasach niemodne i wstydliwe jest podkreślanie odrębnych narodowości. Można się wręcz narazić na oskarżenie o „nietolerancję“. W celu złamania tego tabu wpadłem na pomysł zorganizowania w Szczytnej meczu deskorolkowego na tle narodowym. Czesko-Polskiego. Dlatego, że piękno tkwi w różnorodności między ludźmi. Fajne jest to, że każdy z nas jest inny.

Jest to jedyna impreza w Polsce, która opiera się w połowie na skaterach z innego kraju i ma na celu przybliżenie riderów z dwóch – różnych – narodowości.

2013 Szczytna CZ-PL

W zeszłym roku, przed pierwszym meczem deskorolkowym, zastanawiałem się jaka będzie reakcja uczestników. Czy zaczną się wstydzić, czy może właśnie będą nadęci jak pewien facet mieszkający w Pałacu Prezydenckim? Na szczęście nic z tych rzeczy. Gdy odpaliliśmy hymny narodowe, dwie finałowe jedenastki stanęły w jednej linii z uśmiechami na twarzy. Wyglądało to wzniośle, ale bez nadęcia. W powietrzu czuć było zajawkę, i coś niesamowitego, co się przełożyło na mistrzowski finał i piękną deskorolkę:

W tym roku lecimy z drugim meczem. Nie mogę się doczekać.

O nagrodach na zawodach

Mijają lata, świat się zmienia. Tak jak i w innych państwach, również i w polskiej deskorolce przez ostatnie 10 lat bardzo dużo się zmieniło na plus. Ale mam wrażenie, że nie wszystko się zmienia. Niektóre rzeczy pozostają takie same. Jedną z nich są “nagrody”, jakie wielu – nie wszyscy, ale na pewno zbyt wielu – burmistrzów i urzędników serwuje zwycięzcom zawodów deskorolkowych.

Przy organizowaniu contestów często spotykam się z propozyzjami ze strony “piastujących posady, funkcje i stanowiska włodarzy” aby nagrody składały się z dyplomów, pucharów lub breloczków z nazwą miasta – czyli dla skatera najbardziej “potrzebnych” rzeczy do życia. W takich sytuacjach zawsze tłumaczę cierpliwie i zachęcam do niewydawania pieniędzy na puchary i breloczki, ale na zakup przydatnego sprzętu deskorolkowego. Z czołobitnej “carskiej” perspektywy na pewno nie wypada niczego tłumaczyć “włodarzom” (być może można by się nawet narazić na ich gniew), natomiast z perspektywy wprowadzania cywilizacji uważam że jest to konieczne.

Przyczyną problemu bezsensownych nagród są dwie rzeczy. Pierwsza, to dość hermetyczny sposób patrzenia na kwestię nagród deskorolkowych wielu burmistrzów i urzędników. Nie zakładam tutaj żadnej złej woli. Problem polega tylko na tym, że podejście do nagradzania jest często zorientowane na prestiż, a nie na praktykę. Czyli na puchary, a nie na dobre deski.

Druga przyczyna jest taka, że pod presją tej mentalności rodem z PRL mamy skłonność do ulegania tym osobom “ważniejszym od nas”. I tutaj jest sęk problemu. Ci ludzie NIE są ważniejsi od nas. Nie są też mniej ważni. Są tak samo ważni jak my.

Obowiązkiem zawodowym ludzi pracujących w samorządach jest służenie mieszkańcom danej okolicy. Dlatego po angielsku “urzędnik” to “civil servant” – czyli ktoś, kto służy cywilom. On ma służyć. I nie ma w tym nic uwłaczającego, ponieważ służenie ludziom jest czymś pięknym. Podobnie służy lekarz, mechanik, piekarz i sprzedawca skateshopu.

Dlatego, jak taki “civil servant” lub burmistrz (który został wybrany po to, aby też służyć) nam mówi, że nagrody będą się składały z pucharów, to trzeba po prostu mu wytłumaczyć że na pucharze nie da się jeździć tak jak na deskorolce. I dlatego powinne być deskorolki a nie puchary.

A co się dzieje, jak nie wytłumaczymy i nie postawimy na swoim? Przykład zawodów w Pułtusku (22.9.2012) bardzo dobrze obrazuje sytuację i reakcję ludzi na tego typu “nagrody”. Poniższy tekst mówi sam za siebie, dostałem go od Operacji Skatepakt:

 

KU PRZESTRODZE WSZYSTKIM TYM, KTÓRZY POSIADAJĄ W SWOIM MIEŚCIE PRAWDZIWY SKATEPARK, A ZA ORGANIZACJE DESKOROLKOWYCH ZAWODÓW ZABIERAJĄ SIĘ OSOBY NIE MAJĄCE NIC WSPÓLNEGO Z DESKĄ:

Podczas zawodów w Legionowie dostaliśmy zaproszenie od zajawkowiczów z Pułtuska na zawody, które odbywały się 22 września przy okazji dni patrona ich miasta. Z zaproszenia skorzystaliśmy rzecz jasna, bo zawsze jest fajnie gdzieś wyjechać, pooglądać obiekty u innych, poznać ludzi, dobrze się pobawić, a przede wszystkim nabrać doświadczenia na przyszłość.

Już na wstępie chłopaki uprzedzali, że event rozgrywany u nich nie będzie wyglądał tak jak normalne zawody. Wszystko za sprawą organizatorów, którymi w tym wypadku byli burmistrz Pułtuska oraz lokalny MOSiR. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie w.w. „wizja” co do całego wydarzenia oraz wprowadzenie jej w życie. Nie będziemy tu przytaczać dokładnych treści maili oraz zapisów rozmów z chłopakami odnośnie opisów jak to wyglądało rok temu, ale podamy taki przykład: przejazdy komentuje dyrektor MOSiR-u. Ktoś wykonuje kickflip’a. Komentarz prowadzącego: „co za piękny podskok!” Teraz wyobraźcie sobie jakie komentarze musiały padać przy bardziej skomplikowanych trickach…

Do Pułtuska zawitaliśmy w składzie: piszący ten tekst, Czesiek oraz zaprzyjaźnieni z Nami Krzysiek Chwas (Legionowo) i Marcin Jaromij (Wieliszew). Na miejscu witamy się z „localsami” i dowiadujemy się pierwszych nowin odnośnie tego co będzie się działo. Komentować i prowadzić zawody DESKOROLKOWE będzie prowadził koleżka (nic do Ciebie nie mamy, żeby nie było) na co dzień jeżdżący na BMX-e. Tak, dobrze czytacie. Taka była fanaberia „organizatorów”. Z pomocą przybyli, sędziowie czyli skejciki, którzy wcielili się w role suflerów i podpowiadali prowadzącemu co za triki właśnie padły. Pomimo, takiego rozwiązania i tak nie obyło się bez komentatorskich wpadek, ale to i tak lepiej niż „piękne podskoki”, „klawe ewolucje” czy inne „git triki”.

Dobra, ruszają zapisy. I tu kolejne „kwiatki”. Mamy 2 kategorie. „Podstawówka” i kategoria „open”. Tak, też dobrze czytacie. Z tego co się orientujemy przeważnie kategorie obejmują do 15-16 lat i od 15-16 wzwyż. Wyobraźcie sobie 13-14 latków startujących w rywalizacji z 20-paro latkami. Na pewno można liczyć na „wyrównane” przejazdy. Wiecie, zbliżona budowa ciała, siła, wybicia. Z Nas zapisuje się tylko Marcin (kategoria open). Ja i Czesiek przyjechaliśmy w celach „dydaktycznych”, chociaż chłopaki sugerowali mi, że nie mogę się zapisać, bo nie ma kategorii „emeryci” (dzięki chłopaki, na drugi raz ogolę się dla niepoznaki;) ). Krzysiek nie dał się namówić na start, za co dostał parę „wrzutów”, ale pisząc teraz te słowa dochodzę do wniosku, że może i dobrze zrobił. I tak tego dnia zrobił „one men show” (kozak triki ale i tak stać Cię na więcej )

W kategorii „podstawówka” wygrywa Maciek Dyrwal (pozdro), który tydzień wcześniej wygrał na Legionowie w kategorii do 16 lat. W kategorii „open” nr 1 zajmuje „our homie” Marcin Jaromij. Best trick zgarnia Dyrwal senior czyli Paweł Dyrwal. (także pozdro).
Co zgarniają? Teraz uruchamiajcie swoją wyobraźnię, bo w zeszłym roku za 1 miejsce były podobno święcące kółka, które przyczepiało się do butów. Takie pseudo wrotki. Jeżeli Wasza wyobraźnia jest za mało kreatywna to na wstępie prowadzący zachęcając do zapisów opisywał nagrody za pierwsze miejsca mówiąc, że do zgarnięcia są: kompletna (hahaha) deska, deck (tu akurat chyba jedyna „deskorolkowa nagroda z prawdziwego zdarzenia”, którą nota bene chłopaki z Wyszkowa ogarnęli jakoś własnym sumptem) oraz w kategorii „podstawówka”… TRÓJKĄT. Przeczytajcie jeszcze raz. TRÓJKĄT. Cholernie Nas wszystkich ciekawiło czym może być ten trójkąt. Ja swój ostrzegawczy mam w bagażniku samochodu. Tak czy siak „trójkąt” powędrował do braci Dyrwal. Do tej pory nie wiemy, który go zgarnął.

Wyniki mamy takie. Marcin Jaromij – kategoria open – kompletna deska z napisami „no way”. Czy da się na niej śmigać? Podpowiemy Wam – patrz jej nazwa. Kategoria „podstawówka” – Maciek Dyrwal. Nagroda – …trójkąt? Best trick – Paweł Dyrwal. Nagroda – yyy… też trójkąt? Chyba to był waveboard czy jak to się zwie :P. Wśród reszty nagród były takie fanty jak: ochraniacze, licznik do roweru, skoczek-pogo, zegarek. Wszystko jakości odpustowej.

A TERAZ PARE SŁÓW DO PANA BURMISTRZA I URZĘDNIKÓW MOSIRU I KU PRZESTRODZE DLA INNYCH MIAST I MOSIRÓW:

Rozumiemy, że chcieliście dobrze. Bardzo fajnie, że podjęliście się organizacji takiego wydarzenia, bo deskorolka to niewątpliwie przyszłość. Ale na litość Boską, posłuchajcie głosu młodzieży i osób siedzących w „temacie”. Takie zawody są dla Was promocją. Spełniacie marzenia młodzieży, przyczyniacie się do ich rozwoju, ale słuchajcie ich głosu! Pisząc do Nas chłopaki nie raz używali słowa „wstyd”. Jedyne co możemy napisać pod adresem organizatorów to: WSTYD, FESTYN, itp. Z całym szacunkiem. Nie olewajcie młodzieży jak to było w tym roku. Jeżeli macie jakiś budżet lub podejmujecie się organizacji takiego typu wydarzenia zlećcie to im. Pomimo Waszych szczerych chęci, swoją wizją i (chyba) egoizmem, kopiecie dołek pod sobą. Zauważcie sami, że w tym roku pojawiło się więcej osób niż poprzednio. A co powiecie jak w przyszłym roku ściągnie do Was jeszcze więcej ludzi w tym czołówka Polskiej deski? Z taką organizacją i nagrodami spisujecie się tylko na wyśmianie, które „na klatę” przyjmą Wasi „deskorolkarze”. Posłuchajcie głosu Waszej młodzieży, bo nikt inny niż „skejterzy” nie zrobią imprezy deskorolkowej. Wy jesteście „happy”, a im jest wstyd się przyznać, że taka impreza jest robiona u nich.

Operacja SkatePakt pozytywnie ocenia ten wyjazd, bo jest to dla Nas bardzo cenne doświadczenie. Wiemy, że my na pewno nie dopuścimy do takiej sytuacji, kiedy nasz wymarzony obiekt stanie. Pozdro Pułtusk, w przyszłym roku będzie lepiej!

Marcin „Siwy” Leloch, Nowy Dwór Mazowiecki.

 

Chiński King of the Road

Nawet najstarsze i najgłębsze różnice cywilizacyjne nie stoją deskorolce na przeszkodzie. Oto w Chinach, w państwie do całkiem niedawna totalnie odciętym od Zachodniego świata Thrasher z Converse zorganizowali King of the Road.

Ciekawostką są chińskie akcenty w wyzwaniach (“challenges”), od błogosławieństw mnichów, przez wallridy po Wielkim Murze Chińskim po tatuaż z nazwiskiem naczelnego Thrashera “Phelps” w języku chińskim.

Miejscówki same mówią za siebie, wszystkie nawierzchnie są tam robione raz, a solidnie. Tak jak (wbrew propagandzie polskich mediów) chińskie autostrady, gdzie nie ma mowy o dziurach czy koleinach.

Po co są zawody deskorolkowe?

Po to, żeby nabrać inspiracji, patrząc na innych dobrze jeżdżących skaterów.

Po to, żeby spotkać się i pojeździć ze znajomymi z różnych części kraju.

Po to, żeby jeżdżąc z innymi wkręcić się w wyższy poziom jazdy, dzięki czemu rozwija się swój własny poziom.

Po to, aby wyjechać ze swojej miejscowości i zobaczyć kawałek świata.

Po to, aby zobaczyć, czy tak samo się umie jeździć na innym terenie.

Po to, ponad 5 lat temu opracowałem koncepcję Lines of Bielawa.

Skate & have fun with your friends!

Mecz deskorolkowy

Deskorolka to przede wszystkim dobra zabawa – taka jest jej natura. Dlatego deskorolka nigdy nie będzie tylko sportem, zawsze będzie czymś więcej. A to “czymś”, zależy od indywidualnej interpretacji deskorolki. Indywidualnej. I dlatego deskorolka jest dla każdego, bo każdy jest inny.

Więcej informacji o “meczu” jest na www.szczytnaplaza.pl.